Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VI.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Nie lubię nawet serca słyszeć w swojém łonie;
Chciałbym jak jaki Nabab, pod niebem bez plamy,
W cieniu chwiejnych wachlarzy wiejących balsamy,
Kołysać się w hamaku od rana do rana.

Doręba.

O gustach nie ma sprzeczki, przypowiastka znana.
Ale jakże pogodzić te ciche dążności
Z owym przepychem domu, z tym natłokiem gości?
Zgłupiałem wczoraj wpadłszy jakby w ul rozbity,
Muzyka, tańce, korki bijące w sufity,
Czy to wszystko nie nadto hamakiem potrąca?

Albin.

Ach mego położenia to strona cierpiąca;
Jako człowiek bogaty muszę żyć z paradą.

Doręba.

Musisz?

Albin.

Tak Szwarc powiada; za jego więc radą
Urządzono dom cały na największą skalę...
Ja się tam na tém nie znam... ale doskonale
Szwarc, człowiek wielkiéj cnoty, sam się wszystkiém trudzi,
Nasprowadał z Anglii koni, psów i ludzi;
Urządził steeple-chase[1], parforce polowania...
Codzień po moich błoniach hurma się ugania;
Hurma siada do stołu, przy grze noce trawi,
Każdy u mnie używa i dobrze się bawi...

Doręba.

Prócz ciebie.

Albin.

Zgadłeś. Ginę z i niewczasu.

  1. Wymawiać: stipel-czezy.