Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Helena.

Pochlebstwo.

Ludmir.

Nie, Heleno, nie pochlebstwo. Pomny na lot i upadek Ikara, powinienbym uchodząc ztąd, jakby przed samym sobą, ujść od szalonej myśli. Ale nie mam już władzy. Kilka dni tu spędzonych, choćbym je potém miał wieczną wynagrodzić tęsknotą, będę uważał jak wykradzione z paszczy przeciwnego mi zawsze losu.

Helena.

Wesołe towarzystwo w domu moich rodziców ukoi zapewne smutek, którym Pan zdajesz się mieć duszę zranioną.

Ludmir.

Nie chcesz mnie Pani rozumieć.

Helena.

Może i nie wypada.

Ludmir.

Wszak niczego nie żądam, nie błagam, jak tylko przebaczenia, że nie mam władzy wyrwać się z miejsc uświetnionych przytomnością twoją.

Helena.

Na to przebaczenia nie trzeba — goście przyjemni rodzicom, dobrej córce przykremi być nie mogą.

Ludmir (całując ją w rękę).

Ach, gdyby mi wolno było wykryć głębią mojej duszy, gdybyś chciała odgadnąć zamęt jedném twém wejrzeniem sprawiony — pojęłabyś jak obok siebie mieścić się mogą i najsłodsza roskosz i najboleśniejsza męka.

Helena.

Panie Ludmirze, nadużywasz moich przyjaznych uczuć. Ja odejdę.