Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/271

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ludmir.

Kiedy mnie już nie było. Janusz był szczęśliwszy.

Helena.

Ach Janusz; widziałam go zdaleka, rozmawiał z moim ojcem.

Ludmir.

Jak tłómaczyć to westchnienie?

Helena.

Nienajlepiej dla niego.

Ludmir.

Ma jednak nadzieję.

Helena.

Tylko też nadzieję.

Ludmir (radośnie).

Co słyszę! skończy się tylko na nadziei.

Helena.

Pewnie — jego miłość jest mi nieznośną.

Ludmir.

Na pierwszy rzut oka, zoczywszy go obok ciebie, Pani, głos tajemny przemówił we mnie: Nie, to być nie może — ona go nie kocha.

Helena.

Dawno już byłabym odmówiła jego rękę, gdyby nie macocha, która upiera się rzucić mnie koniecznie w jego poziome objęcie.

Ludmir.

A gdy cię lepiej trochę poznałem, poznałem razem jak czystej, wzniosłej, bez granic miłości trzeba, aby się twojej godną stała. Ale i jemu za złe mieć nie można; któżby się nie pokusił o tak wielkie szczęście, szczęście nad pojęcie.