Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nacóż ta kłótnia wasza, naco to wyzwanie?
Żeby to jeszcze w mieście, byłoby śniadanie;
Ale tu, w cudzym domu, służąc jeszcze damie,
Wolicie jeść, pić dobrze, niż myśleć o szramie.

Baron.

Tu o szramę nie idzie; ja nie na zagrodzie,
Bym domeszkę szlifował po sąsiedzkiej brodzie;
Szpada u wszystkich dworów zostaje w honorze,
A zatém szpadą tylko Baron walczyć może.
Lecz jako przynaglony do broni ujęcia,
Wymawiam sobie z miejsca, najpierwsze dwa pchnięcia.

Wtorkiewicz.

Jabo strzelać się będę.

Baron.

Więc pierwsze dwa strzały.

Wtorkiewicz.

Czemu nie sześć, mój panie? nadtoś widzę śmiały?

Smakosz.

Moi panowie! chciejcie słuchać mojej rady:
Porzućcie halabardy, krucice i szpady,
A pozwólcie powiedzieć, szczérze choć zuchwale,
Że obu krwi puszczenie nie zaszkodzi wcale.
Jeden i drugi puszy: jeden, że bogaty,
Drugi, że liczy herby, jak tamten intraty,
I cóż z tego trzeciemu, że wasz zaszczyt prawy?
Kat mi z cudzego złota! kat mi z cudzej sławy!
Diabli z tego dmuchania, co go nikt nie słucha!
Kto daje dobry obiad, niech ten wtedy dmucha.