Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/067

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Bardzo pięknie, zaszczytnie i chlubnie bez miary,
Że jeden dziad zbił Szwedy a drugi Tatary,
Że bezzębnych prababek poczet niezliczony,
Które wszystkie dźwigały królewskie ogony,
Ale ja tym zaszczytom bijąc kornem czołem,
(cicho) Kiedy mam zdrów żołądek, nie dbam zkąd go wziąłem.
Słowem, moi panowie, niech to was nie gniéwa,
Bo złość apetyt psuje, lecz to rzecz prawdziwa
Że tak nędznego człeka nie dały niebiosa,
Któryby w duszy nie drwił z zadartego nosa.

Wtorkiewicz.

Dalibóg, prawdę mówisz, = śmieszny nos zadarty,

(do Smakosza, spoglądając na Barona)

A cóż dopiero wtedy, gdy łokieć wytarty?

Smakosz.

Kłótnia wasza z miłości i miłość zagubi.
Czyliż Zofia kiedy zabójcę polubi,
A w tém mniéj jeszcze tego, co wyzionie ducha;
Miałaby zmarłych słuchać, a żywych nie słucha.

Baron (biorąc go na stronę).

Wprawdzie on i tak biedny.

Smakosz.

Ach, biedny, bez miary!

Wtorkiewicz. (biorąc go na stronę).

Ten Baron i tak nędzny.

Smakosz.

Nędzny nie do wiary. —