Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/065

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Lecz cóż ręczy, że biorąc zwodnicze nadzieje,
Prawdziwe, w jakiém sercu, czucie nie zatleje?
Czémże potem nagrodzić cały poczet złego,
Nienawiść świata, ludzi i siebie samego?
Ach, kochać niekochanym, męka nazbyt krwawa,
Powiedzże mi, Zofio, jestżo to zabawa?

(Zofia przy przedostatnim wierszu, zasłoniwszy oczy chustką, zostaje w milczeniu — Zdzisław po krótkiém milczeniu postrzegłszy to)

Ach! przebacz! przebacz! jeśli zbytecznym zapałem...
Twego, ach twego tylko, twego dobra chciałem.

Zofia.

Teraz znowum znalazła dawnego Zdzisława,
Teraz do mej przyjaźni noweś nabył prawa;
Chciałam, choć z własną szkodą, chciałam roztargnienia,
Lecz światło, któreś rzucił, całkiem rzecz odmienia.
Inną, lepszą mnie ujrzysz i wszystko tak zrobię,
Bym nadal moje dobro, była winna tobie.

(Podaje mu rękę, którą Zdzisław z uczuciem całuje, długo za odchodzącą spogląda, wznosi z westchnieniem oczy ku niebu i zamyślony w boczne drzwi odchodzi).





SCENA XI.
Smakosz, Baron, Wtorkiewicz.
Smakosz, wyrywając się, wchodzi między dwoma w szlafmycy i serwetą zapasany, które wkrótce zdejmuje).
Smakosz.

Ale dajcież mi pokój! czegoż mię dręczycie?
Nie nauczę się sosu, a wam drogie życie;