Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/064

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zdzisław.

Nie tak myślisz jak mówisz, i ja tak nie myślę,
Z jakiego źródła radość, zważasz bardzo ściśle;
Lecz jakie o tém światu nadajesz mniemanie,
Zofio, pozwól wyznać, to wielkie pytanie.

Zofia.

O! świat, stary świętoszek, co się zawsze złości,
Pobożnie złe podwaja, a dobra zazdrości.
Kto cierpi, że już cierpi, nie dośćże mu na tém?
Trzebaż koniecznie płakać i jęczeć przed światem?
Jeżeli jaki smutek los w duszy umieści,
Nie możnaż i na chwilę wyrwać ją boleści?
Trzebaż swój żal ukochać, strzedz go nawet święcie?
Nie wolnoż sobie spocząć w durzącym odmęcie?
Wszak i ze łzami w oczach uśmiechać się można
A chęć zabaw wesoła, jestże to chęć zdrożna?

Zdzisław.

Chęć zabaw w twoim wieku nie jest zdrożną wcale,
Owszem, nikt jej nie gani, ja ją nawet chwalę!
Ale gdy chcesz szczerości, szczerze ci przełożę,
Jak każdy co cię nie zna, dzisiaj sądzić może.
Dziwnie widzieć tę przy niej zalotników zgraję,
Bo jeśli nie odprawia, nadzieję im daje;
Wybiera — ale komuż wiadomém nie będzie,
Że Wtorkiewicz i Baron także stoją w rzędzie?
Astolf, Edmund, Rodosław, z nią jechać nie śmieli,
Lecz ona bale na wsi daje co niedzieli.
Tam więc pole otwarte, każdy jej cześć składa,
Ona zaś nie osobom, ale cześci rada;