Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zofia.

I w tém odmianę łatwo będzie sprawić.

Zdzisław.

Przestań, przestań Zofio! winnym mnie być mniemasz
I w łaskach coraz nowych już litości nie masz.
Przyjaźń nasza lat tylu z życiem tylko zgaśnie,
Jest mi drogą, jak była, i dla niej to właśnie
Błagam cię, miej tę ufność, którąś miała we mnie.
Jeżeli jaki smutek dręczy mnie tajemnie,
Nie chciej przyczyn dochodzić troskliwością twoją,
Wierz mi, są nieznaczące.... same się ukoją....
I to, wierz mi, niebawem... to są tylko spliny,
Ale w tém, przyznać muszę, wiele mojej winy,
Że kiedy ścigam cienie, coś z niczego robię,
Lepiej dziwacznych myśli nie ukrywam w sobie,
A raz już dostrzeżonych trudno się zapierać,
Nadtoś wprawna z dzieciństwa w mą duszę pozierać.

Zofia.

I dla tegoteż właśnie, żem pozierać wprawna,
Widzę, jaka dziś przyjaźń, jaka była dawna;
I wiem, jak mam rozumieć, coś mówił tej chwili....
Dość ukrył się przedemną, kto się ukryć sili,
Nareszcie, na cóż w prawdy puszczać się bezdroże?
Kiedy pozór przyjemny, dość nam na pozorze;
Niech dzień po dniu przemija, niech mija jak strzała,
Byle radość początek i koniec mu dała;
A radość z tego źródła, czy z owego płynie,
Będziem kiedyś roztrząsać w późniejszej godzinie,
Kiedy ciężką rozwagę czuciem się opłaci,
Śmiech przejdzie, a zwierciadle całkiem łaskę straci.