Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom II.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
Panna Marta.

O, na wszystkom, Panienko, zezwolić gotowa.
Nie trzeba być zazdrośną, co? (do Alfreda)
Prawda kochanie?
Między nami to czucie nigdy nie powstanie.
Ja z tym Panem tymczasem... lecz jak ty bezemnie?...

Zdzisław (podając rękę Marcie).

Fraszki... wszak wiem gdzie mieszka... kryłby się daremnie.

(odchodzą).





SCENA X.
Elwira, Alfred.
Elwira.

Julii w mej osobie widzisz Pan tu siostrę.

Alfred.

Julii?

Elwira.

Tak, przebacz mi, wyrazy dość ostre...

Alfred.

Julii? więc Elwirę?...

Elwira.

Tak jest.

Alfred.

W jakiejże porze
Poznaję cię, Elwiro! Cóż cię wracać może?
Ach, jakiém przeznaczeniem, jakimże przypadkiem
Powtórnie moich szaleństw stajesz się dziś świadkiem?

Elwira.

Kiedy więc błąd poznajesz, przebaczysz wyrazy,
Mszczące się mojej siostry bolesnej urazy,
Przyznam się nawet szczérze, że ledwiem przybyła,
Całą moję wymowę ku temum zwróciła,