Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom II.djvu/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Bo jakimbądź sposobem, kiedykolwiek dana,
Świętą zostać powinna każda obietnica.

Alfred.

Między radą a dziełem wielka jest różnica.
Lecz to zdanie tak nowe, pan mi pewnie powie,
Cóż za łasce przypisać?

Zdzisław.

Memu rozsądkowi.

Alfred.

Mieć rozsądek dla siebie, jest już bardzo wiele.





SCENA IX.
Alfred, Zdzisław, Panna Marta, (później) Elwira.
Panna Marta.

A coże to, kłótnia? co? zaraz was rozdzielę,
Chodźżeż do domu.

(bierze pod rękę Alfreda i ciągnie ku wychodowi, gdzie ich Elwira spotyka)
Alfred.
(nie uważając idzie z Martą, zajęty Zdzisławem).

Łatwo pan przemieniasz zdania.

Panna Marta.

Da, już dziesiąta biwszy a ja bez śniadania.

Elwira.

A, winszuję! jak widzę, wszystko już skończono:
Jejmość Panna zapewnie jego narzeczoną?

Panna Marta.

Da jestem, dobry Boże! choć się człowiek wzbrania,
Jednak go w końcu zmiękczą usilne błagania;
Nie mogłam dłużej patrzeć na miłośną mękę,
Rumieniec skrył jagody, i oddałam rękę.

Elwira.

Mogęż z panem Alfredem pomówić dwa słowa?