Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom II.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
Burmistrz.

Widzisz, moje dziécie,
Jakto pozór częstokroć zwodzi na tym świecie!
Zmylenie drzwi pociemku i całe zdarzenie
Sprawiło, jak miarkuję, stołu przestawienie.
Ale o tém rozmowę odłóżmy do rana,
Teraz idź spać. To szczęście, że niema Hiszpana
I nikt przecie z służących nie słyszał nas w domu.
Idź spać, a co się stało nie mówmy nikomu.

(odchodzi do siebie).
Małgorzata.
(chodzi jakiś czas zamyślona, potém idzie do drzwi, otwiera i woła).

Kmotrze!

Kmotr.

Hę!

Małgorzata.

Zapal świécę... nie odchodź i kroku...
Spać się nie kładź, chodź wszędzie, miej wszystko na oku.

(po krótkiém myśleniu do siebie)

Tak, wolę pójść nocować do której sąsiadki,
Bo tu jeszcze niepewne są dalsze wypadki,
Nie bardzo jemu wierzę, nie wierzę i sobie. (odchodzi)

Kmotr.
(przynosi zapaloną świécę, stawia ją i siada na ławie przy stole).

Świéca jest... spać się kładę i kroku nie zrobię.