Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T3.djvu/273

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   273   —

    — To przykra rzecz!... ja nie mieszkałbym w domu, z którego ustawicznie widać umarłych.... Ale d‘Artagnan, zdaje się, lubi to.
    — I widział pogrzeb?...
    — Nietylko patrzył na niego, ale pożerał go oczyma.
    Aramis zadrżał i odwrócił się, aby spojrzeć na muszkietera, ale ten właśnie w najlepsze rozmawiał z panem Saint-Agnan. Aramis zaczął badać Porthosa; następnie, kiedy z niego, jak z cytryny wszystek sok wycisnął, rzucił olbrzymią łupinę. Powrócił do swojego przyjaciela d‘Artagnana i uderzył go po ramieniu.
    — Przyjacielu — rzekł — Saint-Agnan się oddalił, ponieważ u króla zapowiedziano wieczerzę.
    — Kochany przyjacielu — odpowiedział d‘Artagnan.
    — My nie wieczerzamy z królem.
    — Owszem, ja wieczerzam.
    — Czy możesz ze mną mówić dziesięć minut.
    — Nawet dwadzieścia, bo mam czas, dopóki Jego Królewska Mość nie siądzie do stołu.
    — Gdzie chcesz, abyśmy rozmawiali?
    — Tutaj na ławce; król wyszedł, można siedzieć, sala pusta.
    — Zatem siadajmy.
    Usiedli. Aramis wziął jednę rękę d‘Artagnana.
    — Przyznaj mi się, przyjacielu — rzekł — że ty skłoniłeś Porthosa, aby mi nie ufał.
    — Przyznaję, ale nie tak, jak ty to rozumiesz. Widziałem, że Porthos nudzi się śmiertelnie i chciałem, przedstawić go Królowi, zrobić dla niego i dla ciebie to, czegobyście sami nigdy nie zrobili.
    — Jakto?
    — A moja pochwała?
    — Szlachetnie postąpiłeś, dziękuję ci.
    — Wyrobiłem ci kapelusz, któregobyś beze mnie nie otrzymał.