Strona:PL Aleksander Dumas - Hrabia Monte Christo 01.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Kasprze, Kasprze! — zawołała Karkontka — zastanów się dobrze, co robisz, opowiadając to wszystko.
Zgromiony małżonek machnął tylko z niecierpliwością ręką i dalej mówił do księdza:
— Czyż można być przyjacielem tego, którego żony się pożąda? Dantes miał tak szlachetne i dobre serce, że wszystkich tych ludzi uważał za swych przyjaciół!... Biedny Edmund!... Zresztą lepiej się stało, że nie wiedział o niczem, bo wtedy nie mógłby im przebaczyć w chwili skonania. Zaś ja, — więcej się obawiam przekleństw zmarłych, niż nienawiści żyjących.
— Niedołęgo!... — mruknęła Karkontka.
— Czem Fernand zawinił względem Dantesa?
— Jak go skrzywdził!?... Już ja to wiem najlepiej.
— Powiedz mi zatem co wiesz i czego się domyślasz?
— Kasprze!... Jesteś panem tej tajemnicy i możesz z nią zrobić, co ci się podoba, wierzaj mi jednak, swej żonie, że lepiej będzie, gdy ją zatrzymasz przy sobie.
— Tym razem masz słuszność, kobieto — odpowiedział żonie Kadrus.
— Nic mi więc nie powiesz?
— Na cóżby się to zdało? Gdyby Dantes żył jeszcze i chciał przeze mnie poznać swych przyjaciół i swych wrogów — to co innego; lecz teraz, gdy go już niema — jest mu obojętne, gdy nie może już ani odwdzięczyć się dobrym, ani ukarać złych! Oh!... pomówmy lepiej o czem innem.
— Więc uważasz za właściwe, bym wszystkim tym, których poprzednio wymieniłem, doręczył przypadającą na nich część klejnotów?
— Prawda, ojcze, zapomniałem zupełnie o tym djamencie. Co jednak znaczy dla tych ludzi ten klejnot teraz! Byłby dla nich kroplą w morzu.
— Pamiętaj, że mogliby cię oni na proch zetrzeć jednem swem skinieniem — zawołała Karkontka.
— Jakto?... więc doszli oni do tak wielkich bogactw i znaczenia?
— Więc nic wam o nich nie jest wiadome, ojcze?