Strona:PL Aleksander Dumas - Hrabia Monte Christo 01.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Nic. Lecz bardzo pragnąłbym się dowiedzieć.
Kadrus czas jakiś milczał.
— Eh!... odezwał się następnie — za długo byłoby o tem wszystkiem opowiadać.
— Ha! możesz milczeć przyjacielu — rzekł ksiądz najobojętniej — szanuję twoje pobudki; stanowisko twoje w tej sprawie jest stanowiskiem uczciwego człowieka, nie mówmy więc o tem. Zlecenie, jakie mi poruczono, domagało się tej formalności. Dlatego pytałem. Jeżeli jednak nie chcesz mówić, — sprzedam ten pierścień i otrzymaną sumę podzielę między was czworo.
Pot spływał dużemi kroplami z czoła Kadrusa, gdy spostrzegł, że ksiądz wstaje z zamiarem wyjścia. I zamienił z żoną porozumiewawcze spojrzenie.
A gdy ksiądz wyszedł, aby rzucić wzrokiem na swego konia, zaczęli szeptać pomiędzy sobą:
— Cały djament mógłby należeć do nas — powiedział Kadrus.
— Tak sądzisz? — odpowiedziała Karkontka.
— To nie ulega wątpliwości. Człowiek duchowny nie mógłby nas oszukiwać.
— A, rób co ci się podoba, nie chcę się w to wdawać zupełnie.
Rzekłszy to, wróciła na swe dawne miejsce, lecz cała drżąca. W tej chwili wrócił ksiądz.
— Cóż postanowiłeś? — zapytał.
— Opowiem wam, księże, wszystko.
— Tak będzie, myślę, najlepiej — rzekł ksiądz — nie dlatego, żebym chciał koniecznie dowiedzieć się, co uważałeś za stosowne zataić przede mną, lecz że grzechem byłoby istotnie, gdyby nagrodę otrzymać mieli niegodni.
— Opowiem, księże, opowiem!
I zaczął opowiadać.