Strona:PL Aleksander Dumas-Dama kameliowa.djvu/006

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Co do mnie, obznajmiony z buduarami tego rodzaju, bawiłem się badaniem tych drobnostek i spostrzegłem, że wszystkie te utensylia, przepysznie cyzelowane, nosiły na sobie różne znaki i rozmaite korony.
Patrzałem na nie — a każdy przedmiot przypominał mi prostytucyę biednej dziewczyny i mówiłem sobie, że Bóg był łaskaw na nią, nie karząc jej zwyczajnie, to jest że pozwolił jej umrzeć wśród zbytku i piękności, jeszcze przed nadejściem starości, tej pierwszej śmierci zalotnicy.
I w rzeczy samej, cóż smutniejszego nad widok występku w starości, mianowicie u kobiety? Nie ma ona w sobie żadnej godności i nie budzi żadnego interesu. Ten wiekuisty wyrzut, nie tego, że szła złą drogą, lecz tego że źle liczyła, że źle używała pieniędzy, jest najboleśniejszą rzeczą, o jakiej słyszeć można. Znałem starą zalotnicę, której nic nie pozostało z przeszłości, prócz córki równie ładnej, jeśli można wierzyć jej współczesnym, jak matka. To biedne dziecko, do którego matka nigdy nie mówiła: „jesteś moją córką“, jak tylko na to, by jej rozkazać, ażeby żywiła ją w starości, podobnie jak ona żywiła ją w dzieciństwie, ta biedna istota nazywała się Ludwiką i, posłuszna swej matce, była tem, czem matka, pomimowoli, bez namiętności, bez przyjemności, jak gdyby to było jej rzemiosłem, o nauczeniu jej którego nikt nie pomyślał...
Ciągły widok występku, występku bezustannego, podsycanego chorobliwym stanem tej dziewczyny, był w niej świadomością złego i dobrego, które w nią może Bóg wszczepił, a którego nikt nie rozwinął.