Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


obie strony do wypicia butelki starego węgierskiego wina.
— Dla takie panowie to u mnie jest prawdziwe wino — mówił zachęcając — dla oficerów i podlejsze państwa to tam Chajka trzyma ten krymski kwas... A to wino to jeszcze pił sam pan prezes, dziadunio jaśnie pana i już wtenczas smakowało mu... Nu, a teraz cymes! Niech jaśnie pan jeszcze pozwoli... Nu a z tej pszenicy spodziewam się że dla Mendla będzie jeden kulik, za to co się w moim domu zrobiło..
Noc była ciemna, bo księżyc późno już wchodził, nie chciał jednak Władysław zgodzić się na zaproszenie Chajki, która straszyła ciemnicą i do nocowania w Zarzeczu namawiała, tylko kazał zaprzęgać konie i zapalić uaftową pochodnię. Wyjechawszy z miasteczka cała kilkunastowiorstowa droga z Zarzecza do Opola ciągnęła się jedną nieprzerwaną równiną, ongiś stepem nie oranym, po którym tylko mogiły kierunek drogi znaczyły, dziś słupy werstwowe i telegraficzne zastępowały te historyczne drogowskazy. Po równinie tej wózek Władysława i płonąca pochodnia przesuwały się z szaloną szybkością, klacze poznały, że wracają już do domowego żłobu, rwały z kopyta, tylko step jęczał za niemi.
Gdy wjechał Władysław w bramę ojczystego domu powitał go pierwszy stary Stanisław, który nie mogąc sypiać, obejścia pilnował i chodząc po dziedzińcu odmawiał wieczorne modlitwy, a druga wybiegła skomląc radośnie i skacząc na wózek stęskniona Leda, która usłyszała jadącego pana, gdy był jeszcze na drugim końcu wsi i swem radośnem szczekaniem dom cały rozbudziła.