Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Dziękować za dobre słowo wielmożnemu panu — rzekł siadając. — Ona chwalić Boga zdrowa, ale nie o to nam idzie.. Ja ten interes mogę zrobić; ale niech mnie wielmożny pan da swoje pańskie, szlacheckie słowo, że tam tego Fiksa nie będzie... Widzi pan, ja jeszcze z dziadem handlowałem, a później z nieboszczykiem ojcem i z nieboszczką panią i pańskie familie znam całe i pana marszałka i pana kapitana i jaśnie grafów z Warowic, to ja powiem panu, że dla takie familji nieprzystojno aby taki Fiks był jedną nogą w opolskim dworze. Jeżeli jego tam nie będzie to ja kupię... i zapłacę...
— Przecież Zajda musiał panu opowiedzieć, jak rzeczy stoją — przerwał mu niecierpliwie trochę Władysław — Fiks ma weksel, który mu jutro zapłacę, jeżeli dziś z panem skończę interes.
— Słowo? — rzekł żyd.
— Słowo — odparł Władysław.
— No, to niech Pan Bóg daje szczęśliwie, tak jak Zajda powiedział, dziewięćdziesiąt pięć kopiejek.
— Nie! od dziewięćdziesięciu siedmiu nie sprzedam.
— Niech będzie i siedem, dla pańskie delikatne familie to robię, choć Bóg niech mnie skarze że Wędzolski dawał mi za dziewięćdziesiąt pięć, ale Judka nie lubi handlować z takimi panami... to z prostactwa.
Władysław przybił interes, na zakończenie podał rękę staremu Judce; kontrakt napisał, pieniądze przeliczywszy do pugilaresu schował i sto rubli Zajdzie faktornego zapłacił Nim się rozeszli Mandel gospodarz zajazdu się zjawił i zmusił