Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jednak, jak dostrzegał w niej coraz to większą obojętność, jak przypatrywał się lodowatej masce, która jej twarz pokrywała, opanowywał go jakiś zimny, sceptyczny szał; biednej baronównie dostawały się wówczas czułości ostre i szczypiące jak musztarda, a grał tak, jakby partja ta stanowić miała o jego życiu i dalszym losie; żadne uderzenie jego nie chybiało celu, a po każdem znakomitem trafieniu, obie baronówny wydawały okrzyki niezmiernego uwielbienia. Lecz i Jadwiga nie mniej zręcznie dziś grała; i ją ogarnęła ta dziwna, zimna zawziętość i ona uczuwała coraz to większy żal do tego człowieka, któremu tak ufała, a który żartował z niej w tak bolesny sposób... Nie chciała dać się upokorzyć, a pragnienie to dodawało pewności jej oku i ręce; partja była godna tego, by jej przypatrywały się tłumy widzów — tymczasem spoglądał na nią tylko stary kapitan, nie był to jednak widz niepojętny, i owszem rozumiał on wybornie całą walkę, która toczyła się w jego oczach za pomocą kul i młotków krokietowych.
— Panie Władysławie! — zawoła tryumfująco Nina. — Proszę iść mi na pomoc i odkrokietować Jadwisię.
— Za daleko! — szepnęła drwiąco Jadwiga. — Do Jadwigi nie każdy trafi!
— Zobaczymy! — rzekł zagryzając aż do krwi wargi Władysław i nachylił się nad kulą, badając pewnem okiem odległość drugiej kuli. — Zobaczymy! — rzekł poraz wtóry i w tej chwili kula jego, popchnięta silną i pewną ręką, uderzyła z hałasem w sam środek kuli Jadwigi, leżącej po drugiej stronie krokietowego placu.