Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A dla czegóż ona żarty sobie ze mnie robi? — odparł gniewnie — od samego rana znęca się nademną, jak nad żydowską szkapą!... Com jej zawinił?
— Panna, widzisz, każda ma swoje humory!
— Tak, każda ma humory, ale ona po prostu kpi sobie ze mnie jak z żaka..
— A jednak patrz jaką jej przykrość zrobiły te twoje umizgi do tej szwabskiej gęsi.
— Ręczę kapitanowi, że ani jej to w głowie, a jeżeli tak jest, to niech trochę przecierpi, jutro przeproszę.
— Oj, będzie zapóźno! — odrzekł kręcąc niedowierzająco siwą głową staruszek — dziewczyna dobra z gruntu, ale dumna jak Hiszpan, zobaczysz że przefujarzysz!...
— Partja gotowa! — zawołała Jadwiga. — Ciągnijmy kto ma zaczynać.
Władysław rzucił młotek w górę i złapał go w powietrzu, poczem każda z grających osób kładła dłoń za dłonią na rączce młotka, ostatnią była Nina.
— My panie Władysławie zaczynamy — zawołała tryumfująco — ja będę pierwszą, co popsuję, to pan naprawi...
Zaczęła się gra, która nie była tylko partją krokieta — była ona zarazem jedną ze scen tego dziwnego, niepojętego częstokroć dramatu, który nazywa się — miłością. Władysław czuł, że robi przykrość Jadwidze, ale robił ją dalej, zaciął się i trwał ciągle w uporze; uśmiechał się do Niny, szeptał jej czułe dwuznaczniki; a równocześnie od czasu do czasu rzucał badawcze spojrzenia w stronę Jadwigi, jak by chciał poznać: jakie na niej ta nowa taktyka robi wrażenie? W miarę