Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/166

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Miałem konieczny interes zobaczyć się z Walerym Zienwiczem, pojechałem za nim do Kamieńca — odparł pokornie młody człowiek — a później chciałem być koniecznie u państwa przed ich odjazdem do Badenii. Zatęskniłem już strasznie za Uniżem — Tu rzucił znaczące i śmiałe spojrzenie na Jadwigę, która oczu nie spuściła, i widocznie rada była temu spojrzeniu,
— Eh! Nie jest to znowu tak straszna zbrodnia, mój Ludwiku — wmięszała się do rozmowy marszałkowa, chcąc widocznie obronić młodego człowieka przed pociskami złego humoru męża — niby to ty za kawalerskich czasów nie opuściłeś kiedyś podobnych uroczystości... Ręczę, że Władzio jak się kiedyś ożeni, to będzie doskonałym gospodarzem i będzie w domu siedział.
Słowa marszałkowej wywołały równocześnie fale rumieńców na twarzach Władysława i Jadwigi; w pierwszej chwili spuścili oboje oczy, wnet jednak spojrzenia ich spotkały się znowu i utonęły we wzajemnem porozumieniu dusz. Władysławowi wydało się, że los jego już jest zdecydowany i opanowała go dziwna jakaś rozkosz, połączona z nieokreśloną lękliwością; zapomniał o całym świecie, nie słyszał słów marszałkowej, nie zwracał zupełnie uwagi na rozmowę otaczających go osób, zdawało mu się ona brzęczeniem much, całą duszą zatopił się w badaniu wzroku ukochanej dziewczyny... Lecz był zdolny do wypowiadania swych uczuć tylko — wzrokiem, gdyby byli nawet zostali sami, to czuł wyraźnie, że nie potrafiłby w tej chwili zdobyć się na słowo wyznania — na stanowczy krok.
A ona?.. Jej podobał się teraz ten dzielny chłopak, o męskiej, junackiej — twarzy i spragniona