Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie dłużej jak do dziesiątej, i pilnuj mi, żeby żadnej rozpusty nie było...
— Wedle rozkazu jaśnie wielmożnego marszałka — odpowiedział kłaniając się pan Wolski.
Za chwilę państwo znaleźli się przy stole. Nieszczęśliwy to znać był dzień dla Władysława, nie wiodło mu się dziś w niczem, był rozdrażniony i zirytowany; rozmowa z Walerym, scena w restauracji, szalona kilkumilowa jazda, przyjęcie przez marszałka, wszystko razem rozstroiło mu nerwy, usiadł więc milcząc do stołu, i sam nie zaczynał rozmowy, tylko rzucał od czasu do czasu tęskne, a równocześnie pytające spojrzenie w stronę Jadwigi, siedzącej wprost naprzeciw.
— A ty Władziu, czyś już skończył żniwa? — przerwał pierwszy dość kłopotliwe milczenie marszałek.
— Tak!... To jest prawdopodobnie dziś dokończą. Gdy wyjeżdżałem, to zostało tylko pięćdziesiąt morgów.
Na te słowa czoło marszałka znowu się zmarszczyło i rzekł porywczo:
— Cóż to za moda, żeby gospodarz przed dożynkami z domu uciekał?... Pan Władysław — był to wielki objaw gniewu, gdy marszałek do którego z młodych ludzi przez „pan“ przemówił — nigdy nie będzie dobrym gospodarzem, obywatelem spełniającym ściśle swe obowiązki... Ja panu Władysławowi powiadam, że naszym świętym obowiązkiem jest zbliżyć się do ludu, zżyć się z nim i naprawić błędy popełnione przez naszych przodków... A wyjeżdżanie przed taką, przez tradycję uświęconą uroczystością jak dożynki, nie prowadzi nas do tego celu.