Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/062

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


raz taką, jaką po raz pierwszy spotkał w życiu, taką, jaką była wówczas, kiedy ją ciotka marszałkowa, jako biedną opuszczoną sierotę odnalazła wśród obcego ludnego miasta i jako przybraną córkę z sobą do domu przywiozła; widzi to małe wynędzniałe stworzenie o czarnych gwiaździstych oczach, błyszczących na drobnej twarzyczce; widzi jej czarne, uparte, nieposłuszne włosy, z któremi żadna pokojówka nie mogła dać sobie rady... Tak! to ona, to Jadwiga.. Zawsze, zawsze ona!
Jaki fatalizm zmusił go, że on tę dziewczynę, bez rodziców i majątku, tę pannę bez posagu — musiał pokochać?... Musiał! musiał! Przecież bronił się temu uczuciu tak długo! Co więcej, ona jednem słowem, jednem spojrzeniem nie zachęcała go do tego; co więcej jeszcze — on do dziś nie jest pewny, czy ona wzajemnie go kocha? Czy podziela jego miłość, taką gwałtowną a taką skrytą bo on nigdy jej o niej nie mówił, nigdy spojrzeniem się nie zdradził, bo umiał panować nad sobą.. Nie był dotychczas zdecydowany ożenić się z nią, a zanadto szanował dom ciotki i ją samą wreszcie, by puszczał się na niebezpieczne fale flirtu salonowego i do tego... z nią, z sierotą, z panną bez posagu. Niech go ludzie sądzą jak sami chcą, niech mu zarzucają tysiące błędów i lekkomyślności, jednak nikt mu nie odważy się zarzucić podłości — a nią byłoby bałamucenie ubogiej dziewczyny. Nie! nie! On jest przecież szlachcicem i godnie szlachectwo to swoje nosił dotychczas i nosić go będzie do śmierci!
Postać jej uporczywie stała mu ciągle przed wzrokiem duszy; zmieniała kształty co prawda: widział ją to dzieckiem prawie, to znowu podrastającą dziewczynką, to wreszcie dorosłą już dzie-