Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/063

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wicą; lecz widział ją ciągle, bez przestanku i czuł, że nie jest w stanie oderwać się od tego widziadła wyobraźni, że choćby uciekł za wody i góry, to postać ta niepochwytna, z mar sennych i promieni ideału utkana, pójdzie z nim na drugi koniec świata i w noc bezsenną stanie znów przed nim, jak wyrzut sumienia, jako dowód zmarnowanego życia, podeptania jedynego, prawdziwego szczęścia.
— Jadwiga! — po raz trzeci szeptem już tylko wymówił i nie starał się już walczyć, nie bronił się czarowi roztaczającemu bezsporne nad nim panowanie; uległ urokowi, który wiał w jego duszę od tej postaci...
I zaczął rozpamiętywać wszystkie spotkania z nią przez przeciąg wielu, wielu ubiegłych lat... Znał ją tak dawno, ośm lat już mija, jak ją po raz pierwszy zobaczył, jak uczuł na swej twarzy ciekawe, a jakąś dziwną siłę magnetyczną posiadające spojrzenie pary dziecięcych czarnych oczu; odrazu polubił śmiałą i rozwiniętą nad wiek dziewczynkę i lubił ją już zawsze... Nieraz, gdy już podrastała, staczał z nią sprzeczki naukowe, które ciotkę i starsze panie do śmiechu pobudzały, dla niego jednak były nad wyraz przyjemne... Dziewczę się unosiło, twarzyczka jej mieniła się przytem, oczy nabierały dziwnego blasku — było jej z tem do twarzy, a on lubił, jak lubił na nią patrzeć wówczas...
Później przez dłuższy czas jej nie widział, znikła mu zupełnie z oczu, drogi ich rozeszły się. Ona pod kierownictwem zacnej swej opiekunki uczyła się, kończyła wychowanie — dla niego zaś były to czasy nieopatrznej gonitwy za wrażeniami wszelkich odcieni: letnie miesiące przepędzał wraz