— Niechżeż ich będzie pięć: obfitość nigdy nie zaszkodzi.
I komissarz zbiegł z drabiny, dając znak by zabębniono.
Lamer chwiał się na deskach rusztowania swojego. Wrzawa z każdą chwilą wzrastała. Była to zbyt wielka okropność, której i tłumy przenieść nie mogły. Szeroko i daleko rozlegał się szmer groźny; pogaszono światła; odepchnięto wojsko, wołano: do broni! Powstało zamięszanie i kilka dawało się słyszeć głosów:
— Śmierć komissarzom! śmierć katom!
Na ten okrzyk jednomyślny wymierzone z wałów armaty pochyli paszcze swoje ku ludowi.
— Cóż ja pocznę? zapytał Lamer.
— Uderz! odpowiedział głos, który się już parę razy dał słyszeć.
Pontcalec przyklęknął. Oprawcy przytwierdzili głowę jego do kloca. W owczas księża z przestrachu pouciekali; wojsko drżało w pomroce, i Lamer uderzył, odwracając oczy od ofiary swojéj.
Strona:PL A Dumas Córka rejenta.djvu/769
Wygląd
Ta strona została przepisana.