Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Omal że się nie utopiła przedostając się przez rzeczkę płynącą opodal; dowlokła się istnym cudem. Przygarnęłam ją z litości.
PAN. — Ileż ma lat?
GOSPODYNI. — Liczę ją przeszło na półtora roku...
Na te słowa, Kubuś parska śmiechem i wykrzykuje: To suczka!
GOSPODYNI. — Najładniejsze zwierzątko pod słońcem; nie oddałabym mojej Linki za dziesięć ludwików. Biedna Linka!
PAN. — Pani ma tkliwe serce.
GOSPODYNI. — Jakbyś pan wiedział, dbam o moje zwierzęta i o moich ludzi.
PAN. — To bardzo ładnie. I któż to tak poturbował paniną Linkę?
GOSPODYNI. — Dwaj obywatele z sąsiedniego miasta. Szepcą coś sobie bezustanku do ucha; wyobrażają sobie że nikt nie wie o czem mówią i nie wie ich przygody. Niema trzech godzin jak tu bawią, a już znam całą historję do najmniejszego słóweczka. Zabawna jest, w istocie: i, jeżeli panom równie się nie spieszy do łóżka jak mnie, opowiedziałabym wam, tak jak ich służący opowiedział ją mojej pokojowej, która przypadkiem okazała się jego krajanką, ona zaś powtórzyła memu mężowi, który znowuż powtórzył mnie. Teściowa młodszego z tych panów przejeżdżała tędy przed niespełna trzema miesiącami; udawała się, niezupełnie z własnej ochoty, do klasztoru w okolicy: ale niedługo zagrzała miejsce. Umarła niebawem, i oto dlaczego młodzi ludzie są w żałobie... Ale widzę, iż, sama nie wiedząc kiedy, zaczynam historję... Dobrej nocy