Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


która zatrzymała się przed domem. Wchodzi lokaj i pyta: Czy tu mieszka biedny człowiek, żołnierz o kulach, który wrócił wczoraj z sąsiedniej wioski?
— Tak, odparła doktorowa, czego pan sobie życzy?
— Mam polecone wsadzić go do karocy i zabrać z sobą.
— Leży oto w łóżku, rozsuń pan firanki i rozmów się.
W tym punkcie opowiadania, weszła gospodyni i rzekła: Co pan rozkaże na wety?
PAN. — Co macie.

Gospodyni, nie zadając sobie trudu schodzenia z powrotem, krzyknęła z pokoju: „Magdusiu, przynieś owoce, biszkopty, konfitury...“
Słysząc to imię, Kubuś rzekł do siebie: „Ach, to widać córkę jej pobito, nie dziw że się tak uniosła...“
Pan zaś do gospodyni: „Byłaś pani wielce zgniewana przed chwilą?
GOSPODYNI. — A któżby się nie zgniewał? Biedne stworzenie nic im nie zawiniło; ledwie weszła do pokoju, słyszę wrzask, ale co za wrzask... Bogu dzięki! uspokoiłam się nieco; chirurg powiada że nic jej nie będzie; ma wszelako dwa olbrzymie siniaki, jeden na głowie, drugi na barku.
PAN. — Czy dawno jest u pani?
GOSPODYNI. — Dwa tygodnie najwyżej. Porzucono ją na sąsiedniej stacji pocztowej.
PAN. — Jakto, porzucono?
GOSPODYNI. — Ano, mój Boże, tak! Bywają ludzie, którzy mają serca twardsze niż kamienie.