Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


PAN. — Nie znasz tedy gruntu sprawy i mięszasz się do niej! Kubusiu, to nie jest ani wedle rozsądku, ani wedle sprawiedliwości, ani wedle zasad... Dolej-no...
KUBUŚ. — Nie wiem co to zasady, chyba że tak nazwiemy prawidła które przepisuje się innym a nie sobie. Myślę tak, a nie umiałbym się powstrzymać od czynienia inaczej. Wszystkie kazania przypominają wstępy do edyktów królewskich; wszyscy kaznodzieje żądają aby się wykonywało ich nauki, być może bowiem wyszłoby to nam na lepsze: ale, co do nich samych, to pewna... Cnota...
PAN. — Cnota, Kubusiu, jest dobrą rzeczą; źli i dobrzy wyrażają się o niej jaknajpochlebniej... Dolej-no.
KUBUŚ. — I jedni bowiem i drudzy mają w tem swoje wyrachowanie.
PAN. — I w jakiż sposób stało się dla ciebie takiem szczęściem oberwać guzy?
KUBUŚ. — Jest późno, podjadł pan sobie dobrze i ja także; jesteśmy obaj zdrożeni; wierz mi pan, chodźmy spać.
PAN. — To być nie może, toć od gospodyni coś się nam jeszcze należy. Nim się jej doczekamy, wróćno do historji twoich amorów.
KUBUŚ. — Na czem ja stanąłem? Proszę bardzo, na ten raz i na wszystkie inne, zechciej mnie pan naprowadzić.
PAN. — Najchętniej; aby wejść tedy w czynności suflera, powiadam ci iż leżysz w łóżku; bez pieniędzy, wielce skłopotany swą osobą, podczas gdy doktorzyna i jej dzieci zajadają się potrawką na słodko.
KUBUŚ. — Naraz, daje się słyszeć turkot karocy,