Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ducha. Wędrowałem tedy kuśtykając, oraz, skoro mam być szczery, żałując swoich dwóch talarów, których to nie mogło wrócić, i psując jeno żalem czyn który spełniłem. Byłem w połowie drogi; noc zapadła niemal zupełna. Naraz, z zarośli okalających gościniec, wynurzają się trzej bandyci, rzucają się na mnie, obalają na ziemię, plądrują, i wyrażają gniewne zdziwienie znajdując przy mnie jeno drobną kwotę. Rachowali na lepszą zdobycz; będąc świadkami mej jałmużny, wyobrazili sobie, iż ktoś, kto może pozbyć się tak lekko pół-ludwika, musi mieć ich w kieszeni przynajmniej dwadzieścia. Z wściekłości iż nadzieje ich zawiodły i że narazili się na łamanie kołem dla garści miedziaków, w razie gdybym ich oskarżył i rozpoznał, wahali się przez chwilę, czy nie bezpieczniej byłoby mnie zamordować. Na szczęście, usłyszeli jakiś szmer, uciekli: wykpiłem się ze sprawy paroma guzami. Skoro bandyci znikli, powlokłem się dalej i dobiłem jak mogłem do wsi. Przybyłem o drugiej w nocy, blady, obdarty, ze wzmożonym bólem w kolanie, silnie potłuczony. Doktor... Panie, co panu? Zaciszkasz pan zęby, miotasz się jakgdybyś był w obliczu nieprzyjaciela.
PAN. — I jestem, w istocie; mam szpadę w dłoni, rzucam się na tych hultajów i mszczę się za ciebie. Powiedz, w jaki sposób ten, który zapisał ową wielką wstęgę, mógł był napisać, iż taką będzie nagroda szlachetnego czynu? Dlaczego ja, który jestem jeno lichym zlepkiem przywar, spieszę oto na twoją obronę, podczas gdy on patrzał spokojnie, jak cię napadają, obalają, katują, depcą nogami, on, którego mienią zbiorem wszelkiej doskonałości!...