Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KUBUŚ. — Panie, spokojnie, spokojnie: to co pan mówisz, djabelnie pachnie heretyckim chrustem.
PAN. — Cóż ty się tak rozglądasz?
KUBUŚ. — Patrzę czy niema nikogo w pobliżu, ktoby pana mógł słyszeć... Doktor zmacał mi puls i stwierdził gorączkę. Położyłem się nic nie mówiąc o całej przygodzie, majacząc na legowisku, niespokojny, stroskany, nie mając ani szeląga przy duszy, a zarazem żadnej wątpliwości, iż nazajutrz rano, za przebudzeniem, zażądają odemnie umówionej dziennej opłaty.
W tem miejscu, pan objął za szyję sługę, wołając: Biedny Kubusiu, i co ty poczniesz? Co się z tobą stanie? Położenie twoje przeraża mnie.
KUBUŚ. — Panie, uspokój się pan, oto jestem.
PAN. — Nie myślałem o tem; przeżywałem owo nazajutrz, obok ciebie, u doktora, w chwili gdy się budzisz i gdy przychodzą żądać od ciebie pieniędzy.
KUBUŚ. — Mój panie, niewiadomo czem się należy cieszyć a czem martwić w życiu. Dobre sprowadza złe, złe sprowadza dobre. Kroczymy w ciemnościach popod tem co jest zapisane w górze, jednako bezrozumni w naszych pragnieniach, w radości i strapieniu. Kiedy płaczę, często zdarza mi się myśleć że jestem głupcem.
PAN. — A kiedy się śmiejesz?
KUBUŚ. — Również myślę że jestem głupcem; mimo to, nie mogę się powstrzymać od płaczu i od śmiechu; to mnie doprowadza do wściekłości. Sto razy próbowałem... Nie zmrużyłem oka przez całą noc...