Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


okazywał jawnie nędzę rodziny. Matka i dzieci poczęły chórem zawodzić. Tak jak mnie pan widzisz, dziesiąta część tego byłaby starczyła aby mnie poruszyć; serce zadrgało we mnie ze współczucia, łzy napłynęły do oczu. Zdławionym głosem zapytałem kobiety, za ile mogło być oliwy w garnku. „Za ile? odparła, wznosząc ręce w górę. Za dziewięć franków, więcej niż jestem zdolna zapracować przez miesiąc...“ Natychmiast rozwiązałem sakiewkę i, wręczając dwa bite talary, rzekłem: „Bierzcie, kobiecino, macie tu dwanaście“... Poczem, nie czekając podziękowań, skierowałem się ku wsi.
PAN. — Kubusiu, zrobiłeś w tej chwili rzecz piękną.
KUBUŚ. — Zrobiłem głupstwo, jeżeli pan pozwoli. Nie uszedłem jeszcze stu kroków, kiedy sam to sobie powiedziałem; skoro byłem w połowie drogi, powiedziałem to sobie jeszcze lepiej; przybywszy zaś do domu chirurga z próżnym mieszkiem uczułem to najdokumentniej.
PAN. — Być może, iż masz słuszność i że moja pochwała była równie nie na miejscu jak twoje współczucie... Nie, nie, Kubusiu, trwam w moim pierwotnym sądzie; właśnie zapomnienie własnych potrzeb stanowi główną zasługę twego czynu. Widzę jego następstwa: staniesz się ofiarą nieludzkiego postępowania chirurga i jego żony; wypędzą cię z domu; ale, choćbyś miał zginąć pod progiem na kupie gnoju, i na tej kupie gnoju będziesz czuł wewnętrzne zadowolenie.
KUBUŚ. — Panie, nie dorosłem do tej mocy