Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KUBUŚ. — Ech, doktorze, każże mnie conajprędzej zanieść do swojej djablicy.
CHIRURG. — Miesiąc po trzynaście soldów dziennie, to czyni dziewiętnaście franków dziesięć soldów. Niech już będzie okrągłe dwadzieścia.
KUBUŚ. — Dwadzieścia franków, dobrze.
CHIRURG. — Pragniesz być dobrze żywiony, dobrze pielęgnowany, szybko wyleczony. Poza żywieniem, pomieszkaniem i opieką, będą może lekarstwa, opatrunki, będzie...
KUBUŚ. — No, i...?
CHIRURG. — Na honor, jedno w drugie, to wyjdzie na dwadzieścia cztery franki miesięcznie.
KUBUŚ. — Niechże już będzie dwadzieścia cztery; ale bez czuba.
CHIRURG. — Miesiąc dwadzieścia cztery franki, dwa miesiące, czterdzieści ośm; trzy miesiące, siedmdziesiąt i dwa. Ach, jakaż rada byłaby pani doktorowa, gdybyś, wprowadzając się, mógł zaliczyć z góry połowę tych siedmdziesięciu dwu...?
KUBUŚ. — Zgoda.
CHIRURG. — Byłaby jeszcze bardziej rada...
KUBUŚ. — Gdybym zapłacił cały kwartał? Zapłacę.
Chirurg (ciągnął Kubuś) poszedł odszukać gospodarzy, powiadomił ich o układzie, i, w chwilę potem, mąż, żona i dzieci zgromadzili się dokoła łóżka z wypogodzoną twarzą; nie było końca dopytywaniom o zdrowie moje i mego kolana; dopieroż pochwały dla chirurga, drogiego kuma i jego żony, dopieroż nie kończące się życzenia, najcieplejsza serdeczność, zajęcie się, gotowość do usług!