Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żyłem niejednokrotnie, iż los lubi chodzić krętemi drogami. Obwinia się go w pierwszej chwili że skłamał, w następnej zaś pokazuje się że mówił prawdę. Zatem pan mniema, iż u mnie zachodzi wypadek przeczucia symbolicznego; i, pomimowoli, przypuszcza pan, iż zagraża mi śmierć owego filozofa?
PAN. — Nie umiałbym ci tego taić; ale, aby odsunąć tę smutną myśl, czy nie mógłbyś...?
KUBUŚ. — Podjąć historji moich amorów...?
Kubuś podjął historję amorów. Zostawiliśmy go, o ile mi się zdaje, przy rozmowie z chirurgiem.
CHIRURG. — Obawiam się, że z twojem kolanem będzie roboty nie na dzień i nie na dwa.
KUBUŚ. — Będzie ściśle na tyle, na ile zapisane jest w górze; cóż stąd?
CHIRURG. — Licząc tyle a tyle dziennie za mieszkanie, życie i opiekę, to uczyni ładną sumkę.
KUBUŚ. — Doktorze, nie chodzi o sumę za cały czas; tylko ile dziennie?
CHIRURG. — Dwadzieścia pięć soldów.; czy za dużo?
KUBUŚ. — O wiele za dużo; ej, doktorze, ja jestem biedny chudzina: przepołówmy tę kwotę, i staraj się pan jak najszybciej przenieść mnie do siebie.
CHIRURG. — Dwanaście i pół solda, to żadna rachuba; dajże bodaj trzynaście.
KUBUŚ. — Dwanaście i pół, trzynaście... Dobra.
CHIRURG. — Płatne każdego dnia.
KUBUŚ. — I na to zgoda.
CHIRURG. — Bo widzisz, ja mam żonę, istną djablicę, która nie zna się na żartach.