Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


domowych, w swoich nadziejach, obawach, widokach awansu. Spotkali się nazajutrz? mijali się nie patrząc na siebie, albo też patrzyli dumnie i chłodno, tytułowali się „Panie“, rzucali ostre przycinki, dobywali szpady z pochew i bili się. Skoro zdarzyło się iż jeden z nich odniósł ranę, drugi rzucał się na ciało towarzysza, płakał, rozpaczał, odwoził go do domu; dnie i noce spędzał koło jego lóżka, dopóki nie wyzdrowiał. W tydzień, dwa tygodnie, w miesiąc, wszystko powtarzało się na nowo. W ten sposób, w perjodycznych odstępach czasu, dwóch dzielnych ludzi... dwóch dzielnych ludzi, dwóch szczerych przyjaciół, narażało się na to, iż jeden mógł zginąć z ręki drugiego; a nie ten pewnie któryby poległ byłby bardziej godnym współczucia z nich obu! Wykazywano im niejednokrotnie szaleństwo ich postępowania; ja sam (ile że kapitan pozwalał mi się odzywać swobodno) mawiałem: „Ależ, panie, cóż będzie gdyby go pan zabił?“ Na te słowa, zaczynał płakać, zakrywał oczy rękami, biegał po mieszkaniu jak szaleniec. W dwie godziny później, albo kolega odwoził go do domu rannego, albo też on oddawał mu tę samą przysługę. Ani moje przedstawienia... ani moje przedstawienia, ani perswazje innych osób nie zdołały nic osiągnąć: jedynem lekarstwem zdało się rozdzielić ich. Powiadomiono ministerstwo wojny o tej niebezpiecznej manji; i oto mój kapitan otrzymał nominację na komendanta pewnej twierdzy, z wyraźnym rozkazem pospieszenia natychmiast na posterunek i zakazem opuszczania go; drugi dekret zabronił jego koledze wydalać się z pułku... Ten przeklęty koń doprowadzi mnie