Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie można nic mówić, niczego słuchać i niczemu wierzyć! Na razie, mów jako ty, ja będę słuchał jako ja, i będę wierzył ile potrafię.
KUBUŚ. — Drogi panie, życie upływa na samych quiproquo. Są quiproquo miłości, quiproquo przyjaźni, quiproquo polityki, finansów, kościoła, urzędu, handlu, żon, mężów...
PAN. — Ech! dajże pokój tym quiproquo i staraj się zrozumieć, że trudno o grubsze quiproquo, niż puszczać się w dziedzinę morału, wówczas gdy chodzi o fakt historyczny. A zatem, historya kapitana?...
KUBUŚ. — Jeżeli prawie wszystkie słowa wasze wykładają ludzie fałszywie, gorzej jest, iż prawie wszystkie nasze uczynki sądzą też opacznie.
PAN. — Niema chyba pod słońcem głowy, w którejby się tłukło tyle paradoksów co w twojej.
KUBUŚ. — Cóż w tem złego? Paradoks nie zawsze jest fałszem.
PAN. — To prawda.
KUBUŚ. — Przejeżdżaliśmy przez Orlean: niby kapitan i ja. Całe miasto gada jeno o przygodzie, jaka świeżo zdarzyła się pewnemu obywatelowi, nazwiskiem Le Pelletier. Był to człowiek przepełniony tak głębokiem współczuciem dla nieszczęśliwych, iż, przez nieumiarkowane jałmużny, uszczupliwszy majątek swój, dość znaczny, do najskromniejszych resztek, chodził od drzwi do drzwi, szukając w cudzej sakiewce pomocy dla bliźnich, której nie był już zdolny zaczerpnąć we własnej.
PAN. — I myślisz, że mogły być dwa zdania co do postępowania tego człowieka?