Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KUBUŚ. — Pomiędzy biedakami, nie; ale prawie wszyscy bogaci, bez wyjątku, uważali go za szaleńca; niewiele zaś brakło, by jego najbliżsi nie kazali go ubezwłasnowolnić jako rozrzutnika. Podczas gdy pokrzepialiśmy się w gospodzie, tłum gapiów zgromadził się dokoła jakiegoś oratora, cyrulika z poblizkiej ulicy, i wołał: Byliście przy tem, opowiedzcież jak rzeczy się miały.
— Bardzo chętnie, odpowiedział uliczny mówca, który niczego tak nie pragnął jak sposobności roztoczenia swady. Pan Aubertot, jeden z moich klientów, którego dom znajduje się naprzeciw kościoła Kapucynów, stał w progu; Le Pelletier przystępuje doń i mówi: „Panie Aubertot, czy nic mi pan nie dasz dla moich przyjaciół?“ jak wam bowiem wiadomo, ma zwyczaj nazywać biednych tem mianem.
— Nic, jak na dzisiaj, mój dobry Le Pelletier.
Le Pelletier nalega. „Gdybyś pan wiedział dla kogo żebrzę miłosierdzia! dla biednej kobiety, która właśnie urodziła i nie ma ani łachmana aby owinąć niemowlę.
— Nie mogę.
— Dla młodej i ładnej dziewczyny, bez roboty i chleba, którą hojność pańska ocali może od występku.
— Nie mogę.
— Dla robotnika, który żył jeno z pracy i złamał nogę spadając z rusztowania.
— Nie mogę.
— Ej, panie Aubertot, daj się zmiękczyć, bądź pewny że nigdy nie nadarzy ci się sposobność spełnienia zacniejszego czynu.