Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ci sami hultaje od których nabyli towar, zdradzili celnikom.
KUBUŚ. — Ale skąd ten karawan z herbami kapitana?
PAN. — Albo też jakie wykradzenie. Kto wie, może w trumnie była ukryta kobieta, panna, albo zakonnica: kto leży pod całunem, nie musi być umarły.
KUBUŚ. — Ale skąd ten karawan z herbami kapitana?
PAN. — Skąd ci się podoba; ale dokończ historji o nim samym.
KUBUŚ. — Zależy panu jeszcze na tej historji? A może on żyje?
PAN. — A cóż to ma do rzeczy?
KUBUŚ. — Nie lubię mówić o żyjących, raz po raz bowiem człowiek musi się rumienić za to, co o nich powie dobrego czy złego: dobrego które popsują, lub złego które naprawią.
PAN. — Nie bądź ani mdłym chwalcą, ani zgryźliwym cenzorem; mów rzeczy jak są.
KUBUŚ. — To nie tak łatwo. Czyż człowiek nie ma swego charakteru, swoich interesów, gustów, namiętności, według których każdy przedmiot przesadza lub łagodzi? Mów rzeczy jak są!... To może nie zdarza się ani dwa razy w ciągu dnia w całem dużem mieście. A ten który słucha, czy pod tym względem w lepszem jest położeniu od tego który mówi? Nie. Z czego niezbicie wynika, iż może ledwie dwa razy w ciągu dnia, w całem wielkiem mieście, rozumie się czyjeś słowa długo tak, jak były mówione.
PAN. — Cóż, u djabła, Kubusiu, toć to są maksymy, zdolne obrzydzić ludziom użytek języka i uszu! Toby