Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


PAN. — I ty co z tego rozumiesz?
KUBUŚ. — Zapewne; stopniowo włożyłem się do jego języka. Ale, powiadał, kto może się chlubić iż ma dosyć doświadczenia? Ten który sobie pochlebiał iż najlepiej jest w nie zaopatrzony, czy nigdy się nie oszukał? A potem, czy istnieje człowiek zdolny trafnie ocenić okoliczności w jakich się znajduje? Rachunek, jaki czynimy w naszych głowach, a ten który zapisany jest w rejestrach tam w górze, to dwie rzeczy bardzo różne. Żali to my kierujemy losem, albo też los kieruje nami? Ileż zamysłów roztropnie wykonanych chybiło i jeszcze chybi! Ile niedorzecznych zamysłów powiodło się i ile się powiedzie! Oto co mi powtarzał kapitan po wzięciu Berg-op-Zoom i Port-Mahon; dodawał, że przezorność nie daje pewności dobrego wyniku, ale daje pociechę i usprawiedliwienie w złym: dlatego też, w wilię bitwy, spał w namiocie tak spokojnie jak u siebie w alkierzu i szedł w ogień jak do tańca. O nim to dopiero byłbyś pan wykrzyknął: „Cóż to za człowiek!...“
W tym punkcie rozmowy, usłyszeli, w niejakiem oddaleniu za sobą, hałas i krzyki; odwrócili głowy i ujrzeli zgraję ludzi uzbrojonych w drągi i widły, którzy zbliżali się pośpiesznym krokiem. Gotowiście myśleć, iż to będą mieszkańcy oberży, służba i opryszki o których była mowa. Gotowiście myśleć, że rankiem, w braku kluczy, wywalono drzwi, zaczem bandyci wyobrazili sobie, że dwaj podróżni znikli unosząc z sobą ich odzież. Tak myślał Kubuś i mruczał między zębami: „Przeklęte niech będą klucze, i urojenie czy racja która mi je kazała za-