Strona:Oscar Wilde - De profundis.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na, Cezara Borgji, Aleksandra VI i tego, który był Imperatorem Rzymu i Kapłanem Słońca; cierpienia tych, którym na imię jest legjon i którzy spoczywają już w grobach; uciśnione narody; dzieci pracujące w fabrykach; ludzi zamkniętych w więzieniach; bezdomnych, włóczęgów, i nędzarzy; tych którzy z niemem poddaniem znoszą ucisk i których wołanie Bóg tylko słyszy... I nietylko wyobrażającego sobie, że może to uczynić, ale istotnie urzeczywistniającego swoje zamierzania, tak, że dzisiaj kto zetknie się bliżej z Jego indywidualnością, chociażby nie miał chylić czoła przed Jego ołtarzami, ani klękać przed Jego kapłanami, musi odczuć, że potworność jego własnego grzechu została mu odjęta, a natomiast objawione mu zostało piękno własnego cierpienia.
Powiedziałem o Chrystusie, że miejsce Jego między poetami. Shelley i Sofokles są braćmi Jego z ducha. Lecz i życie Jego najcudniejszym jest też poematem. W całym cyklu tragedji greckiej nie znajdzie się nic, co wykazać mogłoby podobną siłę „współczuwania i grozy“. Bezwzględna czystość bohatera wznosi cały poemat Jego życia na takie wyżyny sztuki romantycznej, której dosięgnąć nie mogą — właśnie z racji swojej potworności — cierpienia Pelopidów i domu Tebańskiego.