Strona:Oscar Wilde - De profundis.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nauczyć się tej pokory tutaj, jeśli mam jej się wogóle nauczyć, i muszę być pełen radości, jeśli stopy moje na właściwą wejdą ścieżkę, a twarz moja zwrócona będzie ku „wrotom, zwanym pięknemi“, chociażbym miał wielokrotnie zapadać się w trzęsawiska i gubić we mgle drogę. To Nowe Życie, jak nazywam je czasem przez miłość dla Dantego, — nie jest nowem bynajmniej, lecz poprostu dalszym ciągiem dawnego mojego życia, które uległo rozwojowi i przeistoczeniu.
Pamiętam, że kiedyś w Oksfordzie, przechadzając się z jednym z przyjaciół moich pewnego ranka, na rok przed ukończeniem studjów, po wązkich, pełnych świergotu ptactwa, drożynach, powiedziałem mu, że chcę zakosztować owoców ze wszystkich drzew w ogrodzie świata i że idę w świat z tą żądzą w duszy. Z żądzą tą poszedłem, i tak też żyłem. Jedynym moim błędem było, że poprzestałem wyłącznie na drzewach, rosnących po słonecznej — jak mi się zdawało — stronie ogrodu, unikałem zaś drugiej strony z powodu cienia jej i jej posępności. Zawodów, sromoty, biedy, trosk, rozpaczy, cierpienia, a nawet urywkowych słów, przeciskających się przez usta ścięte bólem; zgryzoty, każącej ludziom stąpać po cierniach; sumienia, które potępia;