Strona:Oscar Wilde - De profundis.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


komórek naszych serc z tak dziwną mocą, że zmuszeni jesteśmy oporządzać i przystrajać na ich przyjęcie dom, jak dla niepożądanego gościa lub srogiego władcy, czy niewolnika, którego niewolnikami uczynił nas los lub własna nasza wola.
I chociaż trudno będzie przyjaciołom moim uwierzyć mi, faktem jest jednak niezaprzeczonym, że im, żyjącym na swobodzie, w wygodach i bezczynności, łatwiej będzie nauczyć się pokory, aniżeli mnie, rozpoczynającemu dzień od szorowania na klęczkach podłogi mojej celi. Bowiem życie więzienne z jego nieskończonemi ograniczeniami i zakazami budzi w człowieku uczucie buntu. Najstraszniejszą stroną naszych cierpień nie jest to, że łamią one nasze serca — serca stworzone są po to, aby je łamać — ale że pod wpływem cierpień serca nasze kamienieją. Czuje się chwilami, że tylko z miedzianem czołem i z szyderstwem na ustach można wytrwać i przeżyć więzienny dzień do końca. Ten zaś, którego dusza jest w stanie buntu, nie może dostąpić łaski, mówiąc słowami, tak ulubionemuprzez Kościół, tak słusznie, zdaniem mojem, ulubionemi, — bowiem w życiu, tak samo jak w sztuce, nastrój buntu zamyka upusty duszy i odcina dopływ powiewu niebios. Muszę jednakże