Strona:Octave Mirbeau - Ksiądz Juliusz.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A mały Jurek? — spytała — zostawiła go pani znowu w domu?
— Ach na taki czas!... Jakżebym mogła... zresztą jest nieco cierpiący... kaszle bardzo... Niech sobie tylko pani pomyśli... nawet robótki nie przyniosłam... ta słota rozleniwia mnie... jak rozleniwia... ach!
Spostrzegła mnie, podbiegła wyciągając obie ręce.
— Słodkie maleństwo... W pierwszej chwili nie zauważyłam... jak zawsze śliczniutki i grzeczny... pocałuj mnie dziecinko!
Nadstawiła mi swe usta, ohydne, zwiędłe, blade usta, wstrętniejsze dla mnie od paszczy dzikiego zwierza.
Gdy wszyscy usadowili się dokoła okrągłego stolika przed kominkiem, ojciec rzekł głosem poważnym:
— Moi drodzy państwo, mam wam powiedzieć ważną nowinę.
Robinowie podnieśli głowy zaciekawieni, uważni.
— Oto nie mniej ni więcej... jeno.... ksiądz Juliusz powraca do Viantais.
Sędzia podskoczył na krześle, otwarł usta i siedział tak chwilę z otwartą szeroko ze zdziwienia paszczą. W reszcie krzyknął:
— Tsiądz Juliusz!... pgoszę... pgoszę... co też pan pgawi!
— Odebrałem dziś rano list — ciągnął dalej