Strona:Octave Mirbeau - Ksiądz Juliusz.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nym obiedzie tłumaczyli się w jeden i ten sani sposób:
— Ileż to obiadów dłużniśmy już łastaw ym państwu! To dopgawdy aż przykge... ale niechno tylto przyjdą nasze meble!...
Matka nie omyliła się. Zadzwonili do bramy Robinowie... Weszli, Robin zadyszany, z twarzą ukrytą w długim, trzy razy około szyi okręconym szalu w czarno białe kraty, żona jego z pod różowego, zdobnego czarną wstążką kapturka strojąc miny zaraz od progu.
— Co za czas, dgodzy państw o! — wykrzyknął pan Robin parskając niby koń dychawiczny — co za czas!... a bagometg spada jeszcze ciągle!
Pani Robin ściągnęła usta, przybrała pełną słodyczy, a oburzoną minę.
— Mówiliśmy przed chwilą... ja i mąż — rzekła. — Oby tylko zastać tego biednego Dervella! Może był zmuszony iść do chorych... i to na taki psi czas... Ach co za straszny zawód... noc taka ciemna!...
— To prawda — odparł ojciec, pogoda nie zbyt zachęca do spaceru... Ale cóż państwo chcecie?... Jak trzeba, to trzeba... najgorsze, że nie zawszę jest się pewnym zapłaty... Oto rzecz smutna! Zwłaszcza ci biedacy... jakie to wszystko wymagające!...
— To pgawda! — wykrzyknął pan Robin —...i cóż ich obchodzi stgata czyja... he he he!
Matka pomagała pani Robin zdjąć kapturek płaszcz.