Strona:Octave Mirbeau - Ksiądz Juliusz.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


opagty jest nagód nasz i porządet społeczny, tagność obywatelsta...
Mówił coraz głośniej, wpadał we wrzask, małe ptaki zrywały się z drzew i uciekały wydając okrzyki przerażenia, sroki wylatywały na szczyty drzew, a w dali naszczekiwały psy.
— Łtaj że nieboratu, łtaj ze stguchy! — krzyczał mi nad uchem pan Robin, padał na przydrożną ławkę, sapał długą chwilę, ocierając kroplisty pot z czoła. W duchu słyszał oklaski rozentuzyazmowanego audytoryum i widział jak się doń uśmiecha sam Berrier.
Przyszedłszy do siebie zalecał mi zazwyczaj:
— Pgacuj dziecko, pgacuj... idź na pgawa, albo medycynę,... gadzę ci wybgać się też przy otazyi do Pagyża... Tat, tat, całtiem to co innego Pagyź... ale gadzę ci gadzę szczegem segcem bądź goztgopny! Goztgopność dgogie dziecto to piegwszy wagunek,... geszta już w tem zawagta.
I poraz setny cytował przykład owego młodzieńca, któremu ojciec, bardzo bogaty przemysłowiec posyłał miesięcznie do Paryża dwa tysiące franków. Młodzian ów odmawiał sobie wszystkiego, ubierał się i jadł jak żebrak, nie wydalał się z domu, zużywał ledwie sto franków miesięcznie, a za oszczędzone, przechowywane w skarpetce pieniądze kupował akcye kolei żelaznych i obligacye renty państwowej.
— Goztgopny młodzieniec, ach, co za goztgopny