Strona:Octave Mirbeau - Ksiądz Juliusz.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


człowiet... tak, tak... to niepogównane!... — i klepał mnie po policzkach. — Widzisz dziecto drogie... jeden ggosz to nic, drugi ggosz równie nieprawda? Ale dużo ggoszy gazem, to majątet... tat mówi moja żona... tat tat... gadzę ci dgogie dziecto! Ale to nie gacya jeszcze...
Tu wbijał zawadyacko kapelusz na głowę, machał laską, w powietrzu i kończył z zacięciem:
— Ale to nie gacya jeszcze, by młodość miała się twasić, to nie gacya. Tat moje dziecto, młodość ma swe pgawa, musi się wyszumić, wychylić czagę gozkoszy gadości!...
Mawiał potem, że zapoznaje mnie z wymaganiami życia, przyspasabia do walki o byt i wprowadza w świat.
Kibić sucha, kanciasta, długa, twarz czerwona z kruszącym się miejscami i zwijającym naskórkiem, pyrkatym nosem, rozwierconymi nozdżami, włosami zielonawo-blond, przylepionymi wąskiemi aksamitkami do zapadłych skroni... oto pani Eustachia Robin, »która wie wszystko«. Trudno byłoby wyszukać mniej powabną niewiastę.
Miała oprócz tego mnóstwo śmiesznych nawyczek i wydawało się, że niemi chce swą brzydotę przyrodzoną uwydatnić. Mówiąc, skrzypiąco świszczącym głosem oddzielała każdą zgłoskę, dychając między jedną a drugą jak miech, co drażniło, niby zgrzyt zwilżonego palca po szkle. Każdemu niemal słowu towarzyszył uśmieszek