Strona:O Krasnoludkach i żelaznych górach (1929).djvu/6

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 4 —

Lud wciąż zziębły i zgłodniały, stanął z buntu drżący cały, przed swym królem i tak rzecze:
Łza nam z oczu stale ciecze... nie widzimy słońca, ziemi, opasani żelaznemi, żelaznemi tu górami, co się łączą z obłokami...
Gdzież tu słońce, gdzież tu kwiecie?.. to co mają ludzie przecie... Śpiewu ptasząt nie słyszymy, drzew, owoców nie widzimy... I wciąż z głodu umieramy, bo jedzenia nic nie mamy... Puść nas, królu, do krainy, gdzie są zboża i rośliny, gdzie słoneczko nam zaświeci, ach! puść, królu, nas, swe dzieci!..
Król zamyślił się i stoi... on się ludu swego boi... a powiedzieć mu wypada, że jest na to jakaś rada... Więc obiecał się poradzić i ich wtedy tu sprowadzić...