Strona:Noc letnia.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ścił powieki jakby marząc, iż może uda mu się zasnąć na wieki w téj chwili! — Lecz towarzysz ocucił go i rzekł: «Za mną, za mną! byś sobie postać matki przypomniał.» — I poszedł przodem ku roztwartym drzwiom za wielkim ółtarzem. — Mroźny wicher buchał z podziemiów — gromnica przewodnika biła się z powiewem w długie iskry rozczochrana. — I szli oba długo bardzo, coraz niżéj zstępując do łona nocy, aż z ciasnego przejścia wydobyli się na głuche i niezmierzone obszary.
Ogniki nocne spadały czasem nakształt zlatujących gwiazd — czasem podnosiły się z dołu jak wschodzące księżyce. — W ich świetle snuły się długie cmentarze jeden po drugim, a na każdego bramie tlało srebrne imie Ludu, który na nim leżał zamordowany. — Po kościach i czaszkach przechodził młodzieniec i czytał napisy. — Zdawało mu się, że cienie umarłych pomykają się przed nim spłoszone i jęcząc uciekają daléj — aż zrósł się z nich tuman podobny do burzy, co chwila ogromniejszy, szumiący tysiącem