Strona:Noc letnia.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


smętnych pieśni rodzinnych. — Znać było jakoby migotanie szabel i przewiew sztandarów w powietrzu, — Łuny pożarów jak błyskawice rozlewały się w przestrzeniach i gasły na przemian, a coraz hyżéj i coraz daléj toczył się wir Duchów, aż nagle spuścił się na dół, rozsypał się jak zeschłe liście, przyległ do ziemi jak letnia kurzawa, wołając: «Ojcze niebieski! zmiłuj się nad nami!» — Wtedy zatrzymał się przewodnik i kląkł przed wniściem do otwartego grobu, na którym imie po sześćkroć zabitéj paliło się białym płomieniem; — a kiedy powstał, drżał od stóp do głów świętém przerażeniem zdjęty; a kiedy próg przestępował, zaczął płakać rzewnie! —
Smętne światło jesiennych pogód oświecało tamtejsze przestwory; — niby to wieczór już nadchodzi, a na wzgórzu łagodnie pochyłém leży trumna pod wysmukłą sosną; na jéj szczycie orzeł przeszyty w własnéj krwi uśpiony — a w trumnie postać z krzyżem na piersiach, z zasłoną na twarzy, z okowami na ręku, z koroną na czole.