Strona:Noc letnia.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


przyjaciela. — Tymczasem na niebie zbierały się zewsząd ciężkie, spiekłe chmury. — Jakżeż ta godzina południa różną już od porannéj była! —
A śród narodu czarnego zaczęli snuć się ludzie, przed którymi naród głębokiemi chwiał się ukłony — kuse ich stroje, migocące złotem, przetkane barwistemi wstęgi. — Długi, chudy oręż przy ich boku — grube piór czuby na ich głowach; — głosem twardym wołając szli w potędze swojéj i uderzali dzieci pozostałe na drodze. — Jęły płakać dzieci, jął tłum się cofać i uciekać; oni jedni zostali na rynku, a coraz ich więcéj przybywało — i kłaniali sobie samym coraz grzeczniéj, coraz niżéj, aż Jeden konno nadjechał i wszyscy upadli twarzą na ziemię. — Snać ten Jeden był panem życia i śmierci! —
Wtedy rzekł pierwszy wędrowiec: «On już na spadzistościach — on w purpurze potęgi schodzi do trumny,» — Lecz młodzieniec wlepiwszy wzrok w jasne szaty jezdca, ich błyski pił całą źrenicą, tak jak