Strona:Noc letnia.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ru kiedy mu go podawał przyjaciel, nie ścigał wzrokiem po stołach i ścianach kiedy mu ich kosztowności wskazywał przyjaciel. — Wstał nareście i wziąwszy młodzieńca za rękę, zawiódł go do okna. — Ztamtąd całe miasto widne i tłumy snującego się narodu. — Miasto ogromne, dziwnie jednostajne i wybielone; — naród dziwnie silny, jednostajny, w czarnéj odzieży. — Młodzieniec patrzał ciekawie; starszy wędrowiec westchnął i rzekł: «Kiedy was zaprowadzę do miast bez starych świątyń i zamków, powiedzcie: Umarli!»  —
Ale młodszy patrzał jeszcze ciekawiéj: przejeżdżały niewiasty, jaskrawe były barwy ich sukien; każdą dwa rumaki ciągnęły, a jeden z nich odrywał się w bok i pędził śnieżną zasłoną, gdyby żaglem rozpiętym otoczon. — Starszy wędrowiec westchnął i rzekł: «Kiedy na około snuć się będą ciała ubrane w suknie, a polot ich sukien duchowniejszy niż dusza ich, powiedzcie: «Umarli!»  —
Ale młodszy niezdawał się słyszeć słów