Strona:Noc letnia.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niegdyś błękit niebios i niezdawał się słyszeć słów przyjaciela. — Dopiero kiedy ten drugi raz je powtórzył, zakrył on oczy dłonią i wyrzekł imie matki zabitéj, jakby wspomnienie dzieciństwa. — Starszy przyciskając go do piersi: «nie patrz! nie patrz na nich» zawołał. — «Nigdy! nigdy!» odparł młodzieniec i zalany łzami rzucił się znowu na wschodnie kobierce. — I usłyszałem modlitwę odmówioną w duchu nad leżącym, przez odchodzącego wędrowca. — «Ojcze niebieski! o południu téj strasznéj próby, błagam cię za tym, którego ukochałem. — Ojcze niebieski! teraz już o cud proszę ciebie — Osłódź téj duszy walkę życia — uwolnij ją od pokus któremi inne otoczyłeś w tych miejscach, by nie upadła jak owi dawni, najpiękniejsi w twoich niebiesiech, strąceni za to, że zapragnęli potęgi!»  —

Sam teraz, sam jeden śród miasta wielkiego został młodzieniec i musiał się bratać z ludźmi napotkanymi. — Na niebie już w ołowianą blachę zlepiły się chmury. —